Czuję czyjś dotyk na ramieniu i zrywam się pędem z łóżka.
-Spokojnie, to tylko ja. -lekko siwy mężczyzna uśmiecha się do mnie. Przez chwilę próbuję uregulować oddech. -Jesteś gotowa?
-T-tak. -mamroczę. -Muszę się tylko ubrać i możemy jechać. -mówię.
-Wspaniale. -klaszcze w ręce i wychodzi z mojego pokoju.
To było dziwne.
Wyskakuję z łóżka i ubieram na siebie jedne z moich najlepszych ubrań. Pościel ścielę, a piżamy składam w kostkę i układam je na wierzchu kołdry. Jeszcze raz na wszystko rzucam okiem i wychodzę z pokoju.
Mam świadomość, że mogę już nigdy tutaj nie wrócić, ale tym bardziej nie chcę się znów rozklejać.
Jem krótkie śniadanie, czeszę włosy, psikam się perfumami mamy i pędzę do samochodu, w którym już czekają na mnie wszystkie bagaże.
Zamykam dom na dwa zamki i otwieram furtkę, wychodząc na brukowany chodnik.
Zdecydowanie będę za tym wszystkim tęsknić.
Gdy już jestem jedną nogą w pojeździe słyszę krzyk.
-Car! -głos rozdziera mi bębenki uszne. -Caroline! Nie waż się jechać bez pożegnania!
Kilka metrów za mną stoi Jayson. Ubrany zwyczajnie. Pewnie niedługo ma szkołę. Podbiegam do niego i mocno przytulam.
-Gdy tylko dojadę dam ci znać, dobrze? -wiem, że będzie się martwił.
-Okej. -uśmiecha się krótko. -Trzymaj się i pamiętaj, że gdziekolwiek będziesz...jeden telefon i tam będę. -przyrzeka.
-Do zobaczenia wkrótce Jay. -żegnam się i znów wchodzę do samochodu.
Łzy cisną mi się do oczu, przez co mrugam szybko, żeby je odpędzić. Powiedziałam mu 'do zobaczenia', chociaż logiczne jest, że już go nie zobaczę. To ostatni moment, w którym mogę popatrzeć w jego błękitne, zaszklone oczy.
To tak jakby ktoś odrywał na siłę cząstkę mnie. On jest moim najlepszym przyjacielem i przysięgam sobie, że zawsze nim będzie.
Jego włosy powiewają w jesiennym wietrze, a ja macham mu powoli odjeżdżając z miejsca moich urodzin. Z miejsca, z którym tak bardzo się zżyłam. To koniec. Już tu nie wrócę.
-Zmieniłaś się. -mówi, ściskając bardziej kierownicę. Pewnie boi się mojej odpowiedzi. I słusznie.
-Nie widzieliśmy się dziesięć lat. Myślałeś, że nadal będę przestraszoną, siedmioletnią dziewczynką, którą zostawił tata? -warczę.
-Wiem, że nigdy nie byłem dla ciebie dobrym ojcem. -mówi, co chwilę na mnie zerkając. -Ale teraz chcę to naprawić. Pozwól mi.
Że co? Chce naprawić? Nie zgadzam się.
-Nic już nie naprawisz.
Między nami panuje błoga cisza. Mam czas, aby wszystko sobie poukładać, no i przemyśleć jak będę traktować jego i jego nową dziewczynę, czy tam kobietę.
-Kupiłem ci książki do twojej nowej szkoły. -oznajmia. -Jutro powinnaś już tam iść.
Już jutro? O mój boże.
-Dobrze.
W końcu samochód staje, a ja widzę wielką willę z basenem. To muszą być jakieś żarty. Niech ktoś mnie uszczypnie.
-T-tutaj mieszkasz? -pytam, wychodząc z pojazdu.
-Tak. Mam nadzieję, że ci się podoba.
Wcześniej mieszkałam w małym, żółtym domku na uboczu Holmes Chapel. Razem z mamą miałyśmy dosyć duże pole i ogródek, za to żadnych sąsiadów. To było pustkowie. A teraz mam zamieszkać w willi na przedmieściach Londynu, gdzie roi się od samochodów i dziwnych ludzi.
Na tą myśl aż się wzdrygam. Szybko wychodzę z fali szoku, do jakiego doszłam i kieruję się do bagażnika.
-Ja zajmę się bagażem, a ty idź do środka. -znów się odzywa.
Kiwam głową i idę szerokim chodnikiem aż do wielkich, dębowych drzwi. Pukam w nie lekko, ale nie jestem pewna czy ktoś to usłyszał, bo drzwi są zrobione z grubego drewna. Gdy już postanawiam chwycić za klamkę ktoś otwiera.
-Ty musisz być Caroline! -piszczy kobieta i mnie ściska. -Bardzo cieszę się, że mogę cię poznać.
Marszczę brwi, ale zaraz potem posyłam jej słaby uśmiech.
Nie jej wina, że mój ojciec to dupek.
Mężczyzna wchodzi z moimi bagażami do środka i puszcza je na podłogę, przypatrując się nam.
-Jestem Sylvia. -przedstawia się, a ja ściskam jej rękę. -A to jest mój synek Tommy.
Patrzę przez chwilę na dziecko przy udach Sylvii i nie mogę się znów otrząsnąć. Mój tato mieszka z kobietą z dzieckiem, ale jego dzieckiem?
-Zaprowadzę cię do twojego pokoju, dobrze? -znów przemawia brunetka. Przytakuję ponuro i podążam tuż za nią. -Nie wiedzieliśmy czy chciałabyś mieszkać z nami, czy może oddzielnie, więc urządziłam ci pokój w jednym z garaży. -oczywiście, że nie chcę z wami mieszkać.
Kobieta otwiera białe drzwi, a mi ukazuje się dosyć spory, zielono-bordowy pokój.
-To był wasz garaż? -pytam w szoku.
-Tak. Mamy dwa. -uśmiecha się. -Jeśli nie chcesz tu mieszkać to okej. Możesz mieć pokój u góry. -szybko kręcę głową.
-Nie. Tu jest świetnie. -odpowiadam.
-Masz nawet oddzielne drzwi i łazienkę. -tym razem mówi tata.
-Dziękuję. Sylvia, naprawdę nie musiałaś. -pierwszy raz uśmiecham się szczerze.
-Wiedziałam, że jej się spodoba! -znów piszczy, przytulając mojego tatę. -A więc rozpakuj się i jak będziesz czegoś potrzebować, to tu jest wejście do domu. Do zobaczenia. -macha mi i razem z tatą wychodzą. Zostaję sama.
Rozglądam się raz jeszcze. Wszystko jest urządzone na ostatni detal. Łózko zajmuje największą część pokoju, a całe pomieszczenie rozświetla dużo lamp. Dwie, pokryte bordowym nakryciem wiszą, a cztery różne stoją przy łóżku i na komodach. Mam własne drzwi, więc nie będę musiała tak często ich widywać.
Wchodzę do łazienki i widzę zielone kafelki w palmy. Lustro jest podświetlane, prysznic jest z kotarą w palmy, dokładnie jak kafelki. Jeszcze raz oglądam pokój. W ogóle nie widać po nim, że tu był garaż. Na kremowym, staro zrobionym biurku leży stos książek do szkoły. Okna pokryte jest jakąś dziwną zasłoną z wyciętymi kwiatami, a drzwi okryte są bordowym i zielonym materiałem.
Wychodzę na zewnątrz i widzę, że nawet mam własną skrzynkę na listy. Cudowne odizolowanie.
Całą moją część domu pokrywają winorośle z różami, na co pogodnie się uśmiecham.
Tu jest idealnie.
Znów wchodzę do środka i zaczynam się rozpakowywać.
Gdy już wszystko leży na swoim miejscu, a ubrania wiszą na wieszakach w szafie, chowam walizkę pod łóżko, a do torby pakuje wszystkie moje książki. Jeśli jutro mam iść do szkoły, to muszę się spakować.
Wszystko jest już gotowe.
Dopiero teraz dostrzegam mały telewizor plazmowy na ścianie. Włączam go i zaczynam oglądać cokolwiek.
Po godzinie ktoś puka do moich drzwi. Na początku myślę, że to Sylvia przyszła sprawdzić czy wszystko dobrze, ale to nie ona.
-Tommy? -pytam i wstaję pędem z łóżka. -Co ty tu robisz?
-Chciałem cię lepiej poznać, skoro jesteśmy tak jakby rodzeństwem. -wzrusza ramionami, dosiadając się do mnie.
-Nie jesteśmy.
-Mama powiedziała mi inaczej. -stwierdza.
Nie mam zamiaru kłócić się z dzieckiem, wybaczcie.
-No to może się mylę.
-Ile masz lat? -pyta.
-Siedemnaście, a ty?
-Siedem. -uśmiecha się. To dokładnie tyle ile miałam, gdy mój ojciec mnie zostawił.
-Słuchaj Tommy, wiem że czujesz się pewnie trochę dziwnie, bo mieszka z wami obca dziewczyna, ale...
-Już ci mówiłem, że jesteśmy rodzeństwem. Nie jesteś obca. -przerywa mi.
Uśmiecham się lekko.
To jeszcze dziecko, fakt.
-Okej. A więc, braciszku...idź się czymś pobaw i zostaw mnie samą, dobra? -pcham go w stronę wyjścia, ale ten się do mnie przytula.
-Zawsze chciałem mieć rodzeństwo.
Obejmuję go delikatnie. To słodkie.
-No i masz. -szepczę, na co ten jeszcze mocniej do mnie przywiera.
Do pokoju wpada Sylvia.
-Tommy! Mówiłam ci, żebyś jej nie przeszkadzał. Przepraszam cię Caroline, naprawdę. -przeczesuje włosy ręką i odrywa ode mnie dziecko.
-Nic nie szkodzi. -odpowiadam. -Polubiłam go. Hej Tommy, możesz do mnie wpadać częściej, jak chcesz. -posyłam mu skromny uśmiech.
-Pa siostrzyczko. -macha mi i omija matkę, wychodząc z mojego pokoju.
-Ominęło mnie coś? -pyta.
-Nic konkretnego.
-Okej, dobrej nocy Caroline. -żegna się.
-Nawzajem.
Drzwi znów się zamykają.
O boże, co to było?
Tommy jest naprawdę słodkim dzieciakiem i jest w podobnej sytuacji co ja, ale to nie znaczy, że jestem jego siostrą. Nigdy nią nie będę.
Moje myśli znów powracają do mamy. Ciekawe co ona teraz robi. Może coś czyta, albo śpi? Nie mam pojęcia.
Jest szesnasta, a ja jestem senna. To nie jest normalne.
Postanawiam wziąć prysznic, przebrać się i iść o wiele wcześniej spać.
Gdy już kładę się do łóżka, przypomina mi się, że miałam zadzwonić do Jaysona. Szybko chwytam telefon i wybieram jego numer.
Jeden sygnał.
Drugi.
Trzeci.
-Halo?
-Jay!
-Hej, i jak tam?
-Jest dobrze. Mój ojciec mieszka w willi w centrum. -robię minę typu tak-mój-ojciec-ma-kasę-ale-nic-mnie-to-nie-obchodzi. Szkoda, że jej nie widzi.
-Wow. -śmieje się. -Jesteś już rozpakowana?
-Tak. Mam świetny pokój i ta jego kobieta nawet nie jest zła. -mówię. -Ma syna.
Chłopak chyba coś pił, bo słyszałam wyplucie.
-Że co? -krzyczy. -Naprawdę?
-Jak najbardziej i nawet nie wiem czy to jest jej dziecko,czy może mojego ojca. -wzdycham. -Ale pokój jest super.
-Opowiedz mi o nim. -proponuje.
-Okej, więc jest duży. Ma dwa wyjścia, jedno na dwór, a jedno do nich do domu. Mam własną łazienkę i telewizor, no i jest w garażu.
-Brzmi fajnie. -słyszę jak się uśmiecha. -A kiedy idziesz do szkoły?
-Jutro. -jęczę. -Więc będę kończyć. Muszę się porządnie wyspać.
-Car, jest siedemnasta. -śmieje się znowu.
-Dobranoc Jay. Jutro zadzwonię.
-Słodkich snów. -mruczy, a potem się rozłącza.
Na zegarku przy łóżku nastawiam alarm na szóstą i zasypiam.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Za każdy komentarz jestem ogromnie wdzięczna. Jesteście niesamowici!