Budzi mnie głośne pikanie zegarka. Wyłączam alarm i podnoszę się z łóżka. Jestem wyspana jak jeszcze nigdy.
Poranne słońce rozświetla całe pomieszczenie. Cudowny widok.
Otwieram szafę i wyjmuję z niej parę jasnych, dżinsowych rurek i sweter w czarne paski. Zakładam je na siebie i zajmuję się włosami. Nigdy ich nie lubiłam, ale dzisiaj wyglądały naprawdę w porządku.
Jeśli chodzi o makijaż to nie jestem jego fanką, ale dziś postanawiam wyglądać dobrze. Na koniec myję dokładnie zęby.
Na nogi nasuwam moje czarne trampki, a na ramiona skórzaną, czarną kurtkę i wchodzę do części domu taty.
-Hej. Jak się spało? -pyta mnie Sylvia. Ma na sobie ołówkową spódnicę i fioletową bluzkę na guziki. Jej niesforne loki dziś są związane w koka z tyłu głowy, a na oczach ma kreski. Wygląda oficjalnie.
-Dobrze. -odpowiadam. -Jest coś na śniadanie?
-Zrobiłam ci tosty z dżemem i kawę. -pokazuje na marmurowy stół. Już od dawna nie jadłam tak dobrego śniadania. -Zawiozę cię dziś do szkoły.
Kiwam głową przełykając ostatni łyk kawy. Była pyszna.
Mój tata razem z Tommym wchodzą do kuchni. Mały posyła mi uśmieszek i dosiada się do mnie.
-Hej siostrzyczko. -mówi słodziutkim głosem. Tata i Sylvia patrzą się na mnie, jakbym zaraz miała go za to zabić.
-Hej braciszku. -odpowiadam, na co ich ciała zastygają, a na ich twarze wkradają się ogromne uśmiechy. -Idziesz dzisiaj do szkoły? -pytam się go.
-Tak. Ty też?
-Mhm. -wstaję z krzesła i razem z Sylvią kierujemy się do wyjścia. Zatrzymuje nas chłopczyk, który przytula się do mnie mocno.
-Powodzenia w szkole siostrzyczko. -uśmiecha się pogodnie i zostaje w korytarzu, gdy ja i Sylvia wychodzimy na zewnątrz. Macham mu jeszcze przez jakiś czas, a potem wsiadam do samochodu kobiety i odjeżdżam.
Sylvia włącza radio i je odrobinę ścisza.
-Wiesz ja naprawdę nie wiedziałam co powiedzieć Tommy'emu, więc powiedziałam mu, że jesteś jego siostrą. Chyba nie jesteś zła?
-Nie jestem. To tylko dziecko. -wzruszam ramionami.
-Przyjechać po ciebie potem?
-A dojeżdża tu jakiś autobus? -pytam.
-Tak.
-Więc przyjadę autobusem. Nie chcę ci sprawiać problemu.
-Dobrze. -kiwa głową i wjeżdża na parking. -Powodzenia i pamiętaj, że plan odbierzesz u dyrektora.
Żegnam się z nią i wychodzę z pojazdu.
Stoję chwilę w osłupieniu, podziwiając wielkie marmury budynku. Szkoła, do której wcześniej chodziłam była malutka i każdy się tam znał. Jeszcze jedna poważna zmiana.
Idę tuż do wejścia i przekraczam wielkie, szklane drzwi. Kieruję się schodami na górę, tuż do pokoju dyrektora. W końcu znajduję drzwi z napisem dyrektor, więc pukami wchodzę do środka.
Za biurkiem siedzi siwa kobieta, która od razu rzuca mi miły uśmiech. Oh, gdyby wiedziała o mnie chociaż połowę przestałaby się szczerzyć.
-Do dyrektora? -pyta się mnie, popijając łyk jakiegoś napoju w kubku. Kiwam głową. -Wchodź śmiało. -pokazuje na drzwi za sobą.
Omijam jej biurko i znów pukam, po czym wchodzę.
-Dzień dobry. -witam się. -Jestem Caroline Johnson, nowa uczennica.
-Ah tak. Caroline, czekałem na ciebie.
Że co?
-Tu jest twój plan i kluczyk do szafki. -wręcza mi małą karteczkę i metalowy przedmiot -Mam nadzieję, że spodoba ci się ta szkoła.
-Ja też mam taką nadzieję. -posyłam mu słaby uśmiech.
-Pierwsza lekcja zaczyna się za parę minut, więc śpiesz się. -pogania mnie. Co jest? Nie mogę tu postać?
Pewnie chce sobie przelecieć tą sekretareczkę za biurkiem. Jezu.
-Do widzenia. -rzucam i wychodzę z pokoju.
Czemu już mam dość tej szkoły?
Docieram do mojej szafki z numerem 69. O boże, co za ironia.
Wkładam kurtkę do środka i wyjmuję wszystkie niepotrzebne książki na dzisiaj. Według planu będę mieć teraz angielski. Nie tak źle.
Zamykam drzwiczki z niemałą trudnością, bo są byle jakie, i udaję się pod swoją salę.
Lekcje się już zaczęły, więc wchodzę do klasy spóźniona. Jeszcze tego brakowało.
-Ty pewnie jesteś Caroline. -mówi mężczyzna. -Czyż nie?
-Tak, to ja.
-Dobrze, zatem usiądź proszę...hm -zastanawia się chwilę. Wolne miejsca są tylko dwa, a on zastanawia się tak długo jakby to było coś wielkiej wagi. -Usiądź z panem Stylesem. Tam na końcu. -wskazuje na chłopaka.
Nie mógł mnie posadzić z jakąś dziewczyną?
Po klasie roznoszą się szepty,a wszyscy zwracają wzrok na mnie. Marszczę brwi. Czy to takie dziwne, że siadam z chłopakiem? Co to ma w ogóle być?
Dopiero gdy podchodzę bliżej mogę pogratulować sama sobie, czujecie tą ironię?
Przyglądam się mu przez chwilę i już żałuje, że przyszłam na tą lekcję. Tatuaże pokrywają chyba każdy centymetr jego ciała. Jezus Maria. Kolczyk w wardze i w brwi? Serio?
Siadam obok bruneta, a do moich nozdrzy dolatuje ostry zapach mięty. Przynajmniej nie śmierdzi.
Wykładam potrzebne książki i odrobinę odsuwam się od chłopaka. Na wszelki wypadek. Coś poważnie go rozbawia, bo zaczyna cicho chichotać.
-To ja cię tak bawię? -pytam, patrząc na niego dziwnie. Kto normalny śmieje się z niczego?
-Właściwie to tak.
Nadal patrzę na niego pytająco.
-Nie znam dziewczyny, która by się ode mnie odsunęła i ani razu do mnie nie zagadała. -śmieje się. -Albo jesteś kujonem, albo kosmitką.
-Wydaje mi się, że po prostu jesteś za bardzo pewny siebie. -odgryzam się. -Wybacz, ale nie usiądę ci na kolana i nie dam się przelecieć. Poszukaj innej ofiary.
Przez chwilę mogłam dostrzec jego zdziwiony wyraz twarzy, ale zaraz zamienia go na głupi uśmieszek.
Typowy dupek.
Shout - Fanfiction of Harry Styles
sobota, 15 lutego 2014
niedziela, 9 lutego 2014
Rozdział 2
Czuję czyjś dotyk na ramieniu i zrywam się pędem z łóżka.
-Spokojnie, to tylko ja. -lekko siwy mężczyzna uśmiecha się do mnie. Przez chwilę próbuję uregulować oddech. -Jesteś gotowa?
-T-tak. -mamroczę. -Muszę się tylko ubrać i możemy jechać. -mówię.
-Wspaniale. -klaszcze w ręce i wychodzi z mojego pokoju.
To było dziwne.
Wyskakuję z łóżka i ubieram na siebie jedne z moich najlepszych ubrań. Pościel ścielę, a piżamy składam w kostkę i układam je na wierzchu kołdry. Jeszcze raz na wszystko rzucam okiem i wychodzę z pokoju.
Mam świadomość, że mogę już nigdy tutaj nie wrócić, ale tym bardziej nie chcę się znów rozklejać.
Jem krótkie śniadanie, czeszę włosy, psikam się perfumami mamy i pędzę do samochodu, w którym już czekają na mnie wszystkie bagaże.
Zamykam dom na dwa zamki i otwieram furtkę, wychodząc na brukowany chodnik.
Zdecydowanie będę za tym wszystkim tęsknić.
Gdy już jestem jedną nogą w pojeździe słyszę krzyk.
-Car! -głos rozdziera mi bębenki uszne. -Caroline! Nie waż się jechać bez pożegnania!
Kilka metrów za mną stoi Jayson. Ubrany zwyczajnie. Pewnie niedługo ma szkołę. Podbiegam do niego i mocno przytulam.
-Gdy tylko dojadę dam ci znać, dobrze? -wiem, że będzie się martwił.
-Okej. -uśmiecha się krótko. -Trzymaj się i pamiętaj, że gdziekolwiek będziesz...jeden telefon i tam będę. -przyrzeka.
-Do zobaczenia wkrótce Jay. -żegnam się i znów wchodzę do samochodu.
Łzy cisną mi się do oczu, przez co mrugam szybko, żeby je odpędzić. Powiedziałam mu 'do zobaczenia', chociaż logiczne jest, że już go nie zobaczę. To ostatni moment, w którym mogę popatrzeć w jego błękitne, zaszklone oczy.
To tak jakby ktoś odrywał na siłę cząstkę mnie. On jest moim najlepszym przyjacielem i przysięgam sobie, że zawsze nim będzie.
Jego włosy powiewają w jesiennym wietrze, a ja macham mu powoli odjeżdżając z miejsca moich urodzin. Z miejsca, z którym tak bardzo się zżyłam. To koniec. Już tu nie wrócę.
-Zmieniłaś się. -mówi, ściskając bardziej kierownicę. Pewnie boi się mojej odpowiedzi. I słusznie.
-Nie widzieliśmy się dziesięć lat. Myślałeś, że nadal będę przestraszoną, siedmioletnią dziewczynką, którą zostawił tata? -warczę.
-Wiem, że nigdy nie byłem dla ciebie dobrym ojcem. -mówi, co chwilę na mnie zerkając. -Ale teraz chcę to naprawić. Pozwól mi.
Że co? Chce naprawić? Nie zgadzam się.
-Nic już nie naprawisz.
Między nami panuje błoga cisza. Mam czas, aby wszystko sobie poukładać, no i przemyśleć jak będę traktować jego i jego nową dziewczynę, czy tam kobietę.
-Kupiłem ci książki do twojej nowej szkoły. -oznajmia. -Jutro powinnaś już tam iść.
Już jutro? O mój boże.
-Dobrze.
W końcu samochód staje, a ja widzę wielką willę z basenem. To muszą być jakieś żarty. Niech ktoś mnie uszczypnie.
-T-tutaj mieszkasz? -pytam, wychodząc z pojazdu.
-Tak. Mam nadzieję, że ci się podoba.
Wcześniej mieszkałam w małym, żółtym domku na uboczu Holmes Chapel. Razem z mamą miałyśmy dosyć duże pole i ogródek, za to żadnych sąsiadów. To było pustkowie. A teraz mam zamieszkać w willi na przedmieściach Londynu, gdzie roi się od samochodów i dziwnych ludzi.
Na tą myśl aż się wzdrygam. Szybko wychodzę z fali szoku, do jakiego doszłam i kieruję się do bagażnika.
-Ja zajmę się bagażem, a ty idź do środka. -znów się odzywa.
Kiwam głową i idę szerokim chodnikiem aż do wielkich, dębowych drzwi. Pukam w nie lekko, ale nie jestem pewna czy ktoś to usłyszał, bo drzwi są zrobione z grubego drewna. Gdy już postanawiam chwycić za klamkę ktoś otwiera.
-Ty musisz być Caroline! -piszczy kobieta i mnie ściska. -Bardzo cieszę się, że mogę cię poznać.
Marszczę brwi, ale zaraz potem posyłam jej słaby uśmiech.
Nie jej wina, że mój ojciec to dupek.
Mężczyzna wchodzi z moimi bagażami do środka i puszcza je na podłogę, przypatrując się nam.
-Jestem Sylvia. -przedstawia się, a ja ściskam jej rękę. -A to jest mój synek Tommy.
Patrzę przez chwilę na dziecko przy udach Sylvii i nie mogę się znów otrząsnąć. Mój tato mieszka z kobietą z dzieckiem, ale jego dzieckiem?
-Zaprowadzę cię do twojego pokoju, dobrze? -znów przemawia brunetka. Przytakuję ponuro i podążam tuż za nią. -Nie wiedzieliśmy czy chciałabyś mieszkać z nami, czy może oddzielnie, więc urządziłam ci pokój w jednym z garaży. -oczywiście, że nie chcę z wami mieszkać.
Kobieta otwiera białe drzwi, a mi ukazuje się dosyć spory, zielono-bordowy pokój.
-To był wasz garaż? -pytam w szoku.
-Tak. Mamy dwa. -uśmiecha się. -Jeśli nie chcesz tu mieszkać to okej. Możesz mieć pokój u góry. -szybko kręcę głową.
-Nie. Tu jest świetnie. -odpowiadam.
-Masz nawet oddzielne drzwi i łazienkę. -tym razem mówi tata.
-Dziękuję. Sylvia, naprawdę nie musiałaś. -pierwszy raz uśmiecham się szczerze.
-Wiedziałam, że jej się spodoba! -znów piszczy, przytulając mojego tatę. -A więc rozpakuj się i jak będziesz czegoś potrzebować, to tu jest wejście do domu. Do zobaczenia. -macha mi i razem z tatą wychodzą. Zostaję sama.
Rozglądam się raz jeszcze. Wszystko jest urządzone na ostatni detal. Łózko zajmuje największą część pokoju, a całe pomieszczenie rozświetla dużo lamp. Dwie, pokryte bordowym nakryciem wiszą, a cztery różne stoją przy łóżku i na komodach. Mam własne drzwi, więc nie będę musiała tak często ich widywać.
Wchodzę do łazienki i widzę zielone kafelki w palmy. Lustro jest podświetlane, prysznic jest z kotarą w palmy, dokładnie jak kafelki. Jeszcze raz oglądam pokój. W ogóle nie widać po nim, że tu był garaż. Na kremowym, staro zrobionym biurku leży stos książek do szkoły. Okna pokryte jest jakąś dziwną zasłoną z wyciętymi kwiatami, a drzwi okryte są bordowym i zielonym materiałem.
Wychodzę na zewnątrz i widzę, że nawet mam własną skrzynkę na listy. Cudowne odizolowanie.
Całą moją część domu pokrywają winorośle z różami, na co pogodnie się uśmiecham.
Tu jest idealnie.
Znów wchodzę do środka i zaczynam się rozpakowywać.
Gdy już wszystko leży na swoim miejscu, a ubrania wiszą na wieszakach w szafie, chowam walizkę pod łóżko, a do torby pakuje wszystkie moje książki. Jeśli jutro mam iść do szkoły, to muszę się spakować.
Wszystko jest już gotowe.
Dopiero teraz dostrzegam mały telewizor plazmowy na ścianie. Włączam go i zaczynam oglądać cokolwiek.
Po godzinie ktoś puka do moich drzwi. Na początku myślę, że to Sylvia przyszła sprawdzić czy wszystko dobrze, ale to nie ona.
-Tommy? -pytam i wstaję pędem z łóżka. -Co ty tu robisz?
-Chciałem cię lepiej poznać, skoro jesteśmy tak jakby rodzeństwem. -wzrusza ramionami, dosiadając się do mnie.
-Nie jesteśmy.
-Mama powiedziała mi inaczej. -stwierdza.
Nie mam zamiaru kłócić się z dzieckiem, wybaczcie.
-No to może się mylę.
-Ile masz lat? -pyta.
-Siedemnaście, a ty?
-Siedem. -uśmiecha się. To dokładnie tyle ile miałam, gdy mój ojciec mnie zostawił.
-Słuchaj Tommy, wiem że czujesz się pewnie trochę dziwnie, bo mieszka z wami obca dziewczyna, ale...
-Już ci mówiłem, że jesteśmy rodzeństwem. Nie jesteś obca. -przerywa mi.
Uśmiecham się lekko.
To jeszcze dziecko, fakt.
-Okej. A więc, braciszku...idź się czymś pobaw i zostaw mnie samą, dobra? -pcham go w stronę wyjścia, ale ten się do mnie przytula.
-Zawsze chciałem mieć rodzeństwo.
Obejmuję go delikatnie. To słodkie.
-No i masz. -szepczę, na co ten jeszcze mocniej do mnie przywiera.
Do pokoju wpada Sylvia.
-Tommy! Mówiłam ci, żebyś jej nie przeszkadzał. Przepraszam cię Caroline, naprawdę. -przeczesuje włosy ręką i odrywa ode mnie dziecko.
-Nic nie szkodzi. -odpowiadam. -Polubiłam go. Hej Tommy, możesz do mnie wpadać częściej, jak chcesz. -posyłam mu skromny uśmiech.
-Pa siostrzyczko. -macha mi i omija matkę, wychodząc z mojego pokoju.
-Ominęło mnie coś? -pyta.
-Nic konkretnego.
-Okej, dobrej nocy Caroline. -żegna się.
-Nawzajem.
Drzwi znów się zamykają.
O boże, co to było?
Tommy jest naprawdę słodkim dzieciakiem i jest w podobnej sytuacji co ja, ale to nie znaczy, że jestem jego siostrą. Nigdy nią nie będę.
Moje myśli znów powracają do mamy. Ciekawe co ona teraz robi. Może coś czyta, albo śpi? Nie mam pojęcia.
Jest szesnasta, a ja jestem senna. To nie jest normalne.
Postanawiam wziąć prysznic, przebrać się i iść o wiele wcześniej spać.
Gdy już kładę się do łóżka, przypomina mi się, że miałam zadzwonić do Jaysona. Szybko chwytam telefon i wybieram jego numer.
Jeden sygnał.
Drugi.
Trzeci.
-Halo?
-Jay!
-Hej, i jak tam?
-Jest dobrze. Mój ojciec mieszka w willi w centrum. -robię minę typu tak-mój-ojciec-ma-kasę-ale-nic-mnie-to-nie-obchodzi. Szkoda, że jej nie widzi.
-Wow. -śmieje się. -Jesteś już rozpakowana?
-Tak. Mam świetny pokój i ta jego kobieta nawet nie jest zła. -mówię. -Ma syna.
Chłopak chyba coś pił, bo słyszałam wyplucie.
-Że co? -krzyczy. -Naprawdę?
-Jak najbardziej i nawet nie wiem czy to jest jej dziecko,czy może mojego ojca. -wzdycham. -Ale pokój jest super.
-Opowiedz mi o nim. -proponuje.
-Okej, więc jest duży. Ma dwa wyjścia, jedno na dwór, a jedno do nich do domu. Mam własną łazienkę i telewizor, no i jest w garażu.
-Brzmi fajnie. -słyszę jak się uśmiecha. -A kiedy idziesz do szkoły?
-Jutro. -jęczę. -Więc będę kończyć. Muszę się porządnie wyspać.
-Car, jest siedemnasta. -śmieje się znowu.
-Dobranoc Jay. Jutro zadzwonię.
-Słodkich snów. -mruczy, a potem się rozłącza.
Na zegarku przy łóżku nastawiam alarm na szóstą i zasypiam.
-Spokojnie, to tylko ja. -lekko siwy mężczyzna uśmiecha się do mnie. Przez chwilę próbuję uregulować oddech. -Jesteś gotowa?
-T-tak. -mamroczę. -Muszę się tylko ubrać i możemy jechać. -mówię.
-Wspaniale. -klaszcze w ręce i wychodzi z mojego pokoju.
To było dziwne.
Wyskakuję z łóżka i ubieram na siebie jedne z moich najlepszych ubrań. Pościel ścielę, a piżamy składam w kostkę i układam je na wierzchu kołdry. Jeszcze raz na wszystko rzucam okiem i wychodzę z pokoju.
Mam świadomość, że mogę już nigdy tutaj nie wrócić, ale tym bardziej nie chcę się znów rozklejać.
Jem krótkie śniadanie, czeszę włosy, psikam się perfumami mamy i pędzę do samochodu, w którym już czekają na mnie wszystkie bagaże.
Zamykam dom na dwa zamki i otwieram furtkę, wychodząc na brukowany chodnik.
Zdecydowanie będę za tym wszystkim tęsknić.
Gdy już jestem jedną nogą w pojeździe słyszę krzyk.
-Car! -głos rozdziera mi bębenki uszne. -Caroline! Nie waż się jechać bez pożegnania!
Kilka metrów za mną stoi Jayson. Ubrany zwyczajnie. Pewnie niedługo ma szkołę. Podbiegam do niego i mocno przytulam.
-Gdy tylko dojadę dam ci znać, dobrze? -wiem, że będzie się martwił.
-Okej. -uśmiecha się krótko. -Trzymaj się i pamiętaj, że gdziekolwiek będziesz...jeden telefon i tam będę. -przyrzeka.
-Do zobaczenia wkrótce Jay. -żegnam się i znów wchodzę do samochodu.
Łzy cisną mi się do oczu, przez co mrugam szybko, żeby je odpędzić. Powiedziałam mu 'do zobaczenia', chociaż logiczne jest, że już go nie zobaczę. To ostatni moment, w którym mogę popatrzeć w jego błękitne, zaszklone oczy.
To tak jakby ktoś odrywał na siłę cząstkę mnie. On jest moim najlepszym przyjacielem i przysięgam sobie, że zawsze nim będzie.
Jego włosy powiewają w jesiennym wietrze, a ja macham mu powoli odjeżdżając z miejsca moich urodzin. Z miejsca, z którym tak bardzo się zżyłam. To koniec. Już tu nie wrócę.
-Zmieniłaś się. -mówi, ściskając bardziej kierownicę. Pewnie boi się mojej odpowiedzi. I słusznie.
-Nie widzieliśmy się dziesięć lat. Myślałeś, że nadal będę przestraszoną, siedmioletnią dziewczynką, którą zostawił tata? -warczę.
-Wiem, że nigdy nie byłem dla ciebie dobrym ojcem. -mówi, co chwilę na mnie zerkając. -Ale teraz chcę to naprawić. Pozwól mi.
Że co? Chce naprawić? Nie zgadzam się.
-Nic już nie naprawisz.
Między nami panuje błoga cisza. Mam czas, aby wszystko sobie poukładać, no i przemyśleć jak będę traktować jego i jego nową dziewczynę, czy tam kobietę.
-Kupiłem ci książki do twojej nowej szkoły. -oznajmia. -Jutro powinnaś już tam iść.
Już jutro? O mój boże.
-Dobrze.
W końcu samochód staje, a ja widzę wielką willę z basenem. To muszą być jakieś żarty. Niech ktoś mnie uszczypnie.
-T-tutaj mieszkasz? -pytam, wychodząc z pojazdu.
-Tak. Mam nadzieję, że ci się podoba.
Wcześniej mieszkałam w małym, żółtym domku na uboczu Holmes Chapel. Razem z mamą miałyśmy dosyć duże pole i ogródek, za to żadnych sąsiadów. To było pustkowie. A teraz mam zamieszkać w willi na przedmieściach Londynu, gdzie roi się od samochodów i dziwnych ludzi.
Na tą myśl aż się wzdrygam. Szybko wychodzę z fali szoku, do jakiego doszłam i kieruję się do bagażnika.
-Ja zajmę się bagażem, a ty idź do środka. -znów się odzywa.
Kiwam głową i idę szerokim chodnikiem aż do wielkich, dębowych drzwi. Pukam w nie lekko, ale nie jestem pewna czy ktoś to usłyszał, bo drzwi są zrobione z grubego drewna. Gdy już postanawiam chwycić za klamkę ktoś otwiera.
-Ty musisz być Caroline! -piszczy kobieta i mnie ściska. -Bardzo cieszę się, że mogę cię poznać.
Marszczę brwi, ale zaraz potem posyłam jej słaby uśmiech.
Nie jej wina, że mój ojciec to dupek.
Mężczyzna wchodzi z moimi bagażami do środka i puszcza je na podłogę, przypatrując się nam.
-Jestem Sylvia. -przedstawia się, a ja ściskam jej rękę. -A to jest mój synek Tommy.
Patrzę przez chwilę na dziecko przy udach Sylvii i nie mogę się znów otrząsnąć. Mój tato mieszka z kobietą z dzieckiem, ale jego dzieckiem?
-Zaprowadzę cię do twojego pokoju, dobrze? -znów przemawia brunetka. Przytakuję ponuro i podążam tuż za nią. -Nie wiedzieliśmy czy chciałabyś mieszkać z nami, czy może oddzielnie, więc urządziłam ci pokój w jednym z garaży. -oczywiście, że nie chcę z wami mieszkać.
Kobieta otwiera białe drzwi, a mi ukazuje się dosyć spory, zielono-bordowy pokój.
-To był wasz garaż? -pytam w szoku.
-Tak. Mamy dwa. -uśmiecha się. -Jeśli nie chcesz tu mieszkać to okej. Możesz mieć pokój u góry. -szybko kręcę głową.
-Nie. Tu jest świetnie. -odpowiadam.
-Masz nawet oddzielne drzwi i łazienkę. -tym razem mówi tata.
-Dziękuję. Sylvia, naprawdę nie musiałaś. -pierwszy raz uśmiecham się szczerze.
-Wiedziałam, że jej się spodoba! -znów piszczy, przytulając mojego tatę. -A więc rozpakuj się i jak będziesz czegoś potrzebować, to tu jest wejście do domu. Do zobaczenia. -macha mi i razem z tatą wychodzą. Zostaję sama.
Rozglądam się raz jeszcze. Wszystko jest urządzone na ostatni detal. Łózko zajmuje największą część pokoju, a całe pomieszczenie rozświetla dużo lamp. Dwie, pokryte bordowym nakryciem wiszą, a cztery różne stoją przy łóżku i na komodach. Mam własne drzwi, więc nie będę musiała tak często ich widywać.
Wchodzę do łazienki i widzę zielone kafelki w palmy. Lustro jest podświetlane, prysznic jest z kotarą w palmy, dokładnie jak kafelki. Jeszcze raz oglądam pokój. W ogóle nie widać po nim, że tu był garaż. Na kremowym, staro zrobionym biurku leży stos książek do szkoły. Okna pokryte jest jakąś dziwną zasłoną z wyciętymi kwiatami, a drzwi okryte są bordowym i zielonym materiałem.
Wychodzę na zewnątrz i widzę, że nawet mam własną skrzynkę na listy. Cudowne odizolowanie.
Całą moją część domu pokrywają winorośle z różami, na co pogodnie się uśmiecham.
Tu jest idealnie.
Znów wchodzę do środka i zaczynam się rozpakowywać.
Gdy już wszystko leży na swoim miejscu, a ubrania wiszą na wieszakach w szafie, chowam walizkę pod łóżko, a do torby pakuje wszystkie moje książki. Jeśli jutro mam iść do szkoły, to muszę się spakować.
Wszystko jest już gotowe.
Dopiero teraz dostrzegam mały telewizor plazmowy na ścianie. Włączam go i zaczynam oglądać cokolwiek.
Po godzinie ktoś puka do moich drzwi. Na początku myślę, że to Sylvia przyszła sprawdzić czy wszystko dobrze, ale to nie ona.
-Tommy? -pytam i wstaję pędem z łóżka. -Co ty tu robisz?
-Chciałem cię lepiej poznać, skoro jesteśmy tak jakby rodzeństwem. -wzrusza ramionami, dosiadając się do mnie.
-Nie jesteśmy.
-Mama powiedziała mi inaczej. -stwierdza.
Nie mam zamiaru kłócić się z dzieckiem, wybaczcie.
-No to może się mylę.
-Ile masz lat? -pyta.
-Siedemnaście, a ty?
-Siedem. -uśmiecha się. To dokładnie tyle ile miałam, gdy mój ojciec mnie zostawił.
-Słuchaj Tommy, wiem że czujesz się pewnie trochę dziwnie, bo mieszka z wami obca dziewczyna, ale...
-Już ci mówiłem, że jesteśmy rodzeństwem. Nie jesteś obca. -przerywa mi.
Uśmiecham się lekko.
To jeszcze dziecko, fakt.
-Okej. A więc, braciszku...idź się czymś pobaw i zostaw mnie samą, dobra? -pcham go w stronę wyjścia, ale ten się do mnie przytula.
-Zawsze chciałem mieć rodzeństwo.
Obejmuję go delikatnie. To słodkie.
-No i masz. -szepczę, na co ten jeszcze mocniej do mnie przywiera.
Do pokoju wpada Sylvia.
-Tommy! Mówiłam ci, żebyś jej nie przeszkadzał. Przepraszam cię Caroline, naprawdę. -przeczesuje włosy ręką i odrywa ode mnie dziecko.
-Nic nie szkodzi. -odpowiadam. -Polubiłam go. Hej Tommy, możesz do mnie wpadać częściej, jak chcesz. -posyłam mu skromny uśmiech.
-Pa siostrzyczko. -macha mi i omija matkę, wychodząc z mojego pokoju.
-Ominęło mnie coś? -pyta.
-Nic konkretnego.
-Okej, dobrej nocy Caroline. -żegna się.
-Nawzajem.
Drzwi znów się zamykają.
O boże, co to było?
Tommy jest naprawdę słodkim dzieciakiem i jest w podobnej sytuacji co ja, ale to nie znaczy, że jestem jego siostrą. Nigdy nią nie będę.
Moje myśli znów powracają do mamy. Ciekawe co ona teraz robi. Może coś czyta, albo śpi? Nie mam pojęcia.
Jest szesnasta, a ja jestem senna. To nie jest normalne.
Postanawiam wziąć prysznic, przebrać się i iść o wiele wcześniej spać.
Gdy już kładę się do łóżka, przypomina mi się, że miałam zadzwonić do Jaysona. Szybko chwytam telefon i wybieram jego numer.
Jeden sygnał.
Drugi.
Trzeci.
-Halo?
-Jay!
-Hej, i jak tam?
-Jest dobrze. Mój ojciec mieszka w willi w centrum. -robię minę typu tak-mój-ojciec-ma-kasę-ale-nic-mnie-to-nie-obchodzi. Szkoda, że jej nie widzi.
-Wow. -śmieje się. -Jesteś już rozpakowana?
-Tak. Mam świetny pokój i ta jego kobieta nawet nie jest zła. -mówię. -Ma syna.
Chłopak chyba coś pił, bo słyszałam wyplucie.
-Że co? -krzyczy. -Naprawdę?
-Jak najbardziej i nawet nie wiem czy to jest jej dziecko,czy może mojego ojca. -wzdycham. -Ale pokój jest super.
-Opowiedz mi o nim. -proponuje.
-Okej, więc jest duży. Ma dwa wyjścia, jedno na dwór, a jedno do nich do domu. Mam własną łazienkę i telewizor, no i jest w garażu.
-Brzmi fajnie. -słyszę jak się uśmiecha. -A kiedy idziesz do szkoły?
-Jutro. -jęczę. -Więc będę kończyć. Muszę się porządnie wyspać.
-Car, jest siedemnasta. -śmieje się znowu.
-Dobranoc Jay. Jutro zadzwonię.
-Słodkich snów. -mruczy, a potem się rozłącza.
Na zegarku przy łóżku nastawiam alarm na szóstą i zasypiam.
wtorek, 4 lutego 2014
Rozdział 1
Myślę, że zasłużyłam na wszystko, tylko nie na to. Dlaczego takie chore rzeczy przydarzają się tylko mi?
Przecież nic nie zrobiłam. Kompletnie nic.
Moja mama? Oczywiście, była troszkę dziwna i szalona, ale nigdy nie przypuszczałam, że może skończyć w szpitalu psychiatrycznym.
Nawet nie chcę o tym myśleć.
-Musisz iść do domu. -mówi pani psycholog, u której siedzę już dobre trzy godziny. -Musisz się spakować. Jutro przyjedzie po ciebie twój tato i zabierze cię stąd, dobrze? -nie, nic nie jest dobrze.
-Nie mogę jeszcze chwilę tu posiedzieć? -pytam cicho, skrobiąc lakier z moich paznokci.
-Za piętnaście minut zamykają. Musisz już iść. -gładzi mnie po ramieniu. Wydaje mi się, że tylko ona rozumie jak się czuję. Może dlatego tutaj pracuje?
Wstaję jednym ruchem z krzesła, zrzucając jej rękę z ramienia. Rzeczywiście powinnam wracać do domu. Na dworze już się ściemnia.
Zakładam na siebie kurtkę i kieruję się do wyjścia.
Gdy otwieram drzwi frontowe, uderza we mnie chłodny powiew wiatru. Oh tak, zima zbliża się nieubłagalnie szybko.
Wiatr rozwiewa moje włosy na wszystkie strony, a ja przyciskam mocniej kurtkę do ciała, aby nie zmarznąć. Jeszcze brakuje mi teraz choroby, naprawdę.
Długi spacer okazuje się wcale nie taki długi. Stoję chwilę pod domem, w którym zaledwie wczoraj kłóciłam się z mamą. Dziś będę tutaj zupełnie sama.
Wchodzę do środka i zdejmuję buty oraz kutkę, zostawiając je na komodzie w holu. Dalej kieruję się na piętro, do mojego pokoju. Chowam głowę pod łóżko i wyciągam spod niego dużą, czarną walizkę. Ładuję do niej wszystkie ciuchy, bieliznę, książki. Wszystko co jest mi potrzebne. Gdy bagaż jest pełny, zamykam go. Z wieszaka, na którym kiedyś były moje ulubione bluzy, zdejmuję moją, zieloną, dosyć sporą torebkę. Pakuję do niej wszystkie małe rzeczy, łącznie ze zdjęciami z półek.
Pokój jest pusty. Wszystkie rzeczy już spakowałam.
Postanawiam wziąć krótki prysznic i przebrać się w piżamy, które moim zdaniem powinny tu zostać. To jedyne ciuchy, które chcę tu zostawić.
Woda obmywa moje zmarznięte ciało i odrobinę je odpręża. Wycieram się dokładnie, rozczesuje mokre włosy, ubieram na gołe ciało bieliznę, no i piżamy.
Znów jestem w moim pokoju. Rozglądam się jeszcze raz po całym pomieszczeniu. Gdy jestem pewna, że niczego więcej nie przeoczyłam, gramolę się pod kołdrę i nasuwam ją pod samą brodę.
Czuję się samotna i bardzo zagubiona.
Jutro rano mój ojciec tu przyjedzie, żeby zabrać mnie do swojego perfekcyjnego życia.
Zostawił mnie i mamę jak miałam zaledwie siedem lat, a teraz po dziesięciu latach rozłąki znów go zobaczę. Ba, ja z nim zamieszkam. Nie ma słów, które określiłyby jak bardzo go nienawidzę i jak bardzo nie chcę tam jechać, ale dokonałam wyboru. On, albo Dom Dziecka.
Gdy już powoli odlatuję w błogi sen, słyszę wibracje na podłodze. Chwilę mi zajmuje zorientowanie się, że to mój telefon, który jest w torbie.
Wyjmuję go szybko i odbieram połączenie.
-Halo? -pytam, pocierając twarz ze zmęczenia.
-Hej. Jak się masz? -pyta głos mojego najlepszego przyjaciela, Jaysona.
-Źle. -odpowiadam szybko, znów kładąc się na łóżku. -Bardzo źle.
-Słyszałem co się stało. Chciałem przyjechać, ale potem pomyślałem, że chciałabyś pobyć sama, więc w końcu tego nie zrobiłem. -mówi.
-Rozumiem.
-I jak to teraz będzie? -znów pyta. W jego głosie czuję desperację. -Zależy z czym. -burczę. Jak on może się mnie pytać o takie rzeczy?
-Nadal będziesz tutaj mieszkała?
-Nie. Jutro mój tata po mnie przyjeżdża i wyprowadzam się. -oznajmiam.
-Oh. -wzdycha zdenerwowany. -Będę mógł się chociaż z tobą pożegnać?
Oczy zaczęły mnie mocno szczypać, a w klatce piersiowej poczułam znany mi ból.
Przytaknęłam cicho, bo wydaję mi się, że gdybym powiedziała to głośniej, to rozpłakałabym mu się do telefonu.
-Muszę kończyć Jay. -rozłączam się, zanim coś odpowie i wybucham płaczem.
Nie chcę tego zostawiać. Nie chcę, do cholery!
Witam was wszystkich na moim blogu i zachęcam do komentowania.
Co do rozdziału to wyszedł nawet niezły XD
Jeśli są jakieś niedociągnięcia, albo coś wam się nie podoba po prostu piszcie.
Do następnego ♥
Przecież nic nie zrobiłam. Kompletnie nic.
Moja mama? Oczywiście, była troszkę dziwna i szalona, ale nigdy nie przypuszczałam, że może skończyć w szpitalu psychiatrycznym.
Nawet nie chcę o tym myśleć.
-Musisz iść do domu. -mówi pani psycholog, u której siedzę już dobre trzy godziny. -Musisz się spakować. Jutro przyjedzie po ciebie twój tato i zabierze cię stąd, dobrze? -nie, nic nie jest dobrze.
-Nie mogę jeszcze chwilę tu posiedzieć? -pytam cicho, skrobiąc lakier z moich paznokci.
-Za piętnaście minut zamykają. Musisz już iść. -gładzi mnie po ramieniu. Wydaje mi się, że tylko ona rozumie jak się czuję. Może dlatego tutaj pracuje?
Wstaję jednym ruchem z krzesła, zrzucając jej rękę z ramienia. Rzeczywiście powinnam wracać do domu. Na dworze już się ściemnia.
Zakładam na siebie kurtkę i kieruję się do wyjścia.
Gdy otwieram drzwi frontowe, uderza we mnie chłodny powiew wiatru. Oh tak, zima zbliża się nieubłagalnie szybko.
Wiatr rozwiewa moje włosy na wszystkie strony, a ja przyciskam mocniej kurtkę do ciała, aby nie zmarznąć. Jeszcze brakuje mi teraz choroby, naprawdę.
Długi spacer okazuje się wcale nie taki długi. Stoję chwilę pod domem, w którym zaledwie wczoraj kłóciłam się z mamą. Dziś będę tutaj zupełnie sama.
Wchodzę do środka i zdejmuję buty oraz kutkę, zostawiając je na komodzie w holu. Dalej kieruję się na piętro, do mojego pokoju. Chowam głowę pod łóżko i wyciągam spod niego dużą, czarną walizkę. Ładuję do niej wszystkie ciuchy, bieliznę, książki. Wszystko co jest mi potrzebne. Gdy bagaż jest pełny, zamykam go. Z wieszaka, na którym kiedyś były moje ulubione bluzy, zdejmuję moją, zieloną, dosyć sporą torebkę. Pakuję do niej wszystkie małe rzeczy, łącznie ze zdjęciami z półek.
Pokój jest pusty. Wszystkie rzeczy już spakowałam.
Postanawiam wziąć krótki prysznic i przebrać się w piżamy, które moim zdaniem powinny tu zostać. To jedyne ciuchy, które chcę tu zostawić.
Woda obmywa moje zmarznięte ciało i odrobinę je odpręża. Wycieram się dokładnie, rozczesuje mokre włosy, ubieram na gołe ciało bieliznę, no i piżamy.
Znów jestem w moim pokoju. Rozglądam się jeszcze raz po całym pomieszczeniu. Gdy jestem pewna, że niczego więcej nie przeoczyłam, gramolę się pod kołdrę i nasuwam ją pod samą brodę.
Czuję się samotna i bardzo zagubiona.
Jutro rano mój ojciec tu przyjedzie, żeby zabrać mnie do swojego perfekcyjnego życia.
Zostawił mnie i mamę jak miałam zaledwie siedem lat, a teraz po dziesięciu latach rozłąki znów go zobaczę. Ba, ja z nim zamieszkam. Nie ma słów, które określiłyby jak bardzo go nienawidzę i jak bardzo nie chcę tam jechać, ale dokonałam wyboru. On, albo Dom Dziecka.
Gdy już powoli odlatuję w błogi sen, słyszę wibracje na podłodze. Chwilę mi zajmuje zorientowanie się, że to mój telefon, który jest w torbie.
Wyjmuję go szybko i odbieram połączenie.
-Halo? -pytam, pocierając twarz ze zmęczenia.
-Hej. Jak się masz? -pyta głos mojego najlepszego przyjaciela, Jaysona.
-Źle. -odpowiadam szybko, znów kładąc się na łóżku. -Bardzo źle.
-Słyszałem co się stało. Chciałem przyjechać, ale potem pomyślałem, że chciałabyś pobyć sama, więc w końcu tego nie zrobiłem. -mówi.
-Rozumiem.
-I jak to teraz będzie? -znów pyta. W jego głosie czuję desperację. -Zależy z czym. -burczę. Jak on może się mnie pytać o takie rzeczy?
-Nadal będziesz tutaj mieszkała?
-Nie. Jutro mój tata po mnie przyjeżdża i wyprowadzam się. -oznajmiam.
-Oh. -wzdycha zdenerwowany. -Będę mógł się chociaż z tobą pożegnać?
Oczy zaczęły mnie mocno szczypać, a w klatce piersiowej poczułam znany mi ból.
Przytaknęłam cicho, bo wydaję mi się, że gdybym powiedziała to głośniej, to rozpłakałabym mu się do telefonu.
-Muszę kończyć Jay. -rozłączam się, zanim coś odpowie i wybucham płaczem.
Nie chcę tego zostawiać. Nie chcę, do cholery!
Witam was wszystkich na moim blogu i zachęcam do komentowania.
Co do rozdziału to wyszedł nawet niezły XD
Jeśli są jakieś niedociągnięcia, albo coś wam się nie podoba po prostu piszcie.
Do następnego ♥
Subskrybuj:
Posty (Atom)